Geniusze poszukiwani od zaraz - żywi lub martwi

Geniusze poszukiwani od zaraz - żywi lub martwi

Kraftwerk i Karlheinz Stockhausen. Dwie potęgi niemieckiej muzyki. Pionierzy elektroniki i zmarły w grudniu 2007 roku guru poszukujących artystów. Twórczością zakorzenieni w odmiennych środowiskach, ale ich losy przecięły się w 2001 roku podczas rozdania nagród Polar Music Prize (ufundowanych przez Stiga Andersona, menedżera i „akuszera” sukcesu zespołu ABBA).

Kapituła postanowiła uhonorować wtedy Burta Bacharacha (odpowiedzialnego m.in. za prowadzenie w latach 60. orkiestry Marleny Dietrich), Roberta Mooga (legendarnego konstruktora pierwszych elektronicznych instrumentów klawiszowych) oraz profesora Stockhausena. Podczas gali, sylwetkę tego ostatniego nakreślił odziany w czerń i pełen powagi Karl Bartos, członek najsłynniejszej na świecie „elektrowni”, bo tak brzmi tłumaczenie słowa Kraftwerk na język polski.
Podczas Sacrum Profanum spotkają się ponownie, choć wyłącznie w wymiarze symbolicznym. Nietrudno zauważyć, że najmocniejszymi akcentami programu festiwalu będą (aż trzy!) występy niemieckiego kwartetu z Düsseldorfu oraz cykl koncertów prezentujących fragment dorobku Stockhausena (biorąc pod uwagę setki napisanych utworów, wyrywkowość tej prezentacji była nie do uniknięcia).

Uwielbienie, jakim otacza się ujmującego szczerością kompozytora, zatacza kręgi szersze, niżby się na pierwszy rzut oka wydawało. Mało kto wie, że wśród fanek talentu mistrza jest islandzka wokalistka Björk. Podobno swoimi nutami otworzył jej oczy na nowy świat. Nie omieszkała dopełnić porozumienia w materii dźwiękowej osobistym spotkaniem i długą rozmową. Jej starsi koledzy po fachu, The Beatles, również nie pozostali obojętni wobec niezaprzeczalnego talentu Niemca. Na okładce do „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” – opus magnum liverpoolskiego kwartetu – wizerunek muzyka stanął w doborowym towarzystwie wyciętych z kartonu ikon popkultury, takich jak: Marilyn Monroe, Zygmunt Freud, Aleister Crowley, Edgar Allan Poe, Karol Marks, Oscar Wilde czy Marlon Brando. Główny zainteresowany prawdopodobnie zupełnie się tym zaszczytem nie przejął. Pytany o świadomość swojego wpływu na muzykę popularną odpowiedział ze znaczącym zaskoczeniem i zniecierpliwieniem w głosie: „Tak, tak, piszą do mnie i wysyłają swoje nagrania”. Można odnieść wrażenie, że ta odpowiedź była dla niego tyle naturalna co niepotrzebna.

Swoją pasję traktował bardzo poważnie. Był przykładem niemieckiej systematyczności. Nie ustawał w pracy nawet u schyłku życia. Tworzył w ściśle określonych godzinach. Zaczynał o 10 rano, kończył dwanaście godzin później, robiąc przerwy między 13 a 15 oraz 19 i 20. Pod względem regularności i wytrwałości mógłby spokojnie stanąć w szranki z Immanuelem Kantem – notabene, w wywodach na temat muzyki czasami bliżej mu było do filozofii niż praktyki kompozytorskiej. Uznawano go jednocześnie za geniusza, mistyka i megalomana (na ten przytyk zapracował sobie premierą jednego z najbardziej pompatycznych i scenograficznie przerysowanych dzieł – „Sirius” z 1975 roku).

Nieustannie szukał nowych środków wyrazu i zaskakiwał rozległością wizji. To właśnie on stworzył partyturę na kwartet smyczkowy, w którym jednym z najważniejszych elementów było umiejscowienie muzyków we wnętrzach latających nad powierzchnią ziemi helikopterów. Takie podejście bynajmniej nie wynika z chęci zanegowania tradycji. Nigdy nie pozwoliłby sobie na przekreślenie osiągnięć klasyków, choć jego nazwisko kojarzone jest z technikami takimi jak serializm, odległymi przecież od przejrzystych metod Mozarta czy Beethovena. Wiedział, że kopiowanie mistrzów z przeszłości byłoby równoznaczne z kompromitacją w oczach współczesnych. Czemu miałoby służyć zamykanie emocji w raz już odkrytych formach?

Technologię traktował jako narzędzie w rękach człowieka, dziedzinę służącą wyłącznie odkrywaniu nowych brzmień. Zapisy jego kompozycji przypominają czasami architektoniczne szkice, ale duchowe ciągoty podkreślały głęboko emocjonalne podejście. W tym kontekście osiągnięcia grupy Kraftwerk to jaskrawy przykład kultu techniki. Stockhausen odczłowieczał się, twierdząc, że pochodzi z Syriusza; ojcowie niemieckiej elektroniki poszli nieco dalej, wyzbyli się wszelkich odruchów typowych dla istot żywych.

Kiedy występują, sprawiają wrażenie robotów, a ich teledyski epatują emocjonalnym chłodem i zachwytem nad technologią. Ta postawa wypływała między innymi z niechęci do egzaltacji przepełniającej anglosaską rewolucję gitarową lat 60. Wśród całych pokoleń ich płyty zyskały status wzorca i stałego punktu odniesienia. Liczba cytatów z danego autora jest jednym z wielu fetyszy popkultury. Sample pochodzące z nagrań Kraftwerka wykorzystywali panowie z Depeche Mode, a Coldplay pokusił się nawet o odtworzenie na gitarach melodii z wymownie zatytułowanego przeboju „Computer Love”. Na jednym festiwalu zobaczymy żywą legendę – prezentującą się w martwych pozach – i ożywcze interpretacje utworów nieżyjącego już niestety wizjonera.

www.sacrumprofanum.pl

Informacje powiązane:
tagi tej informacji: muzyka,
Informacja pochodzi ze strony www.karnet.krakow.pl